14 maja 2008 | w prasie | Gazeta Polska

Wywiad z Aleksandrą Natalli-Świat na łamach "Gazety Polskiej"

Teresa Wójcik: Sytuacja ekonomiczna na świecie nie jest dobra, mamy wyraźne spowolnienie wzrostu. Czym to zagraża polskiej gospodarce?

Aleksandra Natalii-Świat: Kondycja światowej gospodarki zależy w dużej mierze od sytuacji ekonomicznej w USA. Od tego, jaka będzie skala spowolnienia wzrostu w tym kraju i w jakim stopniu będzie to wpływać na spowolnienie globalne. Opinie ekonomistów są tu podzielone. Jedni przewidują radykalne obniżenie wzrostu gospodarczego, a następnie szybkie odbicie w górę. Inni prognozują, że ten spadek będzie łagodny, ale potrwa znacznie dłużej i podobnie stopniowo będzie następować poprawa. Mówi się także, że oddziaływanie gospodarki Stanów Zjednoczonych będzie równoważone przez wpływy rozpędzonych gospodarek krajów azjatyckich, zwłaszcza Chin i Indii. Dynamiczny rozwój tych krajów powoduje wyjątkowo duży popyt na energię i surowce. Jednak wpływ globalnej sytuacji gospodarczej na kraje Europy Środkowej, a więc też na Polskę, dokonuje się przede wszystkim za pośrednictwem Unii Europejskiej. Obecnie w UE mamy wyraźne spowolnienie. To z pewnością osłabi nasz wzrost gospodarczy. Według prognoz na bieżący rok wyniesie on około 5 proc.

T.W.: Słabszy wzrost gospodarczy - już nie mówiąc o recesji - jest chyba większym zagrożeniem dla krajów rozwijających się. Biedniejsi stracą więcej?

A.N.-Ś.: Procesowi osłabienia wzrostu towarzyszy dziś wzrost cen: żywności, energii elektrycznej i paliw. Gospodarki krajów bogatych mają odpowiednio duże środki na amortyzowanie skutków dekoniunktury i inflacji. Także skutków społecznych. Biedniejszych na to nie stać. Tymczasem właśnie w biedniejszych krajach struktura wydatków mieszkańców jest taka, że te zmiany cen są dotkliwie odczuwane przez bardzo liczne grupy społeczne. Stopa inflacji w marcu wyniosła w Polsce 4,1 proc. rok do roku, ale wzrost cen w przypadku wielu konkretnych towarów był znacznie wyższy. Powoduje to zwiększenie obciążeń budżetów gospodarstw domowych. Według GUS udział wydatków na żywność stanowi blisko 26 proc. wszystkich wydatków przeciętnej rodziny. 19 proc. wydatków stanowią koszty utrzymania mieszkania i nośników energii. Z tym że pojęcie przeciętnej rodziny występuje tylko w statystyce. Większość polskich rodzin ma dochody niższe niż przeciętne. Udział wydatków na żywność i utrzymanie mieszkania jest w nich większy. A w ostatnich miesiącach najbardziej wzrosły ceny podstawowych artykułów żywnościowych, zwłaszcza mleka, chleba i mąki. Bardzo podniosły się ceny gazu i energii elektrycznej, co ma skutek podwójny - rosną koszty utrzymania oraz koszty produkcji. Pierwsze wyciągają dodatkowe pieniądze z kieszeni obywateli. Drugie obciążają dodatkowo gospodarkę, zmniejszając konkurencyjność polskich przedsiębiorstw.

T.W.: Czy rząd dysponuje instrumentami, które w takiej sytuacji mogą przynajmniej częściowo chronić obywateli i gospodarkę przed inflacją i jej skutkami?

A.N.-Ś.: Tak. Można ograniczać wzrost cen, zmniejszając stawki akcyzy na energię elektryczną, tym bardziej że w Polsce jest ona kilkakrotnie wyższa niż minimum obowiązujące w UE. Podobnie należałoby obniżyć akcyzę na paliwa, która jest także wyższa, niż przewidują dyrektywy Unii. Szczególnie widoczne jest to w przypadku gazu LPG; nasza stawka akcyzy jest tu znacznie wyższa, a resort finansów przewiduje jeszcze jej podwyższenie od 1 stycznia 2009 r. (z obecnych 695 zł za 1000 kg do 1100 zł). PiS proponuje przede wszystkim obniżkę tych stawek, aby ograniczyć wzrost cen.

T.W.: W Polsce ma pomóc kolejna podwyżka stóp procentowych.

A.N.-Ś.: Ten instrument bywa skuteczny, bo obniża inflację, ale jednocześnie podnosi wartość krajowego pieniądza. Jednym z czynników powodujących aprecjację, czyli wzrost wartości złotego, jest różnica pomiędzy poziomem stóp w Polsce i w strefie euro. Staje się to coraz bardziej istotnym problemem. Silna waluta ma wiele zalet, ale jest także coraz więcej sygnałów od eksporterów o spadku opłacalności eksportu. Podwyżka stóp procentowych oznacza także wzrost kosztów kredytu. To generalnie może hamować wzrost gospodarczy. W ostatnim czasie Rada Polityki Pieniężnej kilkakrotnie podwyższała stopy procentowe. Ostatnia podwyżka o 0,25 proc. była w marcu. Do kolejnej, w kwietniu, nie doszło, po opublikowaniu danych o dużym spadku produkcji przemysłowej w marcu 2008 r.

T.W.: Są jednak silne naciski, aby RPP kontynuowała podwyżki stóp procentowych. Straszak inflacji działa?

A.N.-Ś.: Polityka pieniężna to często trudny wybór - między hamowaniem ewentualnej inflacji a stymulowaniem gospodarki. Wzrostowi inwestycji na ogół towarzyszą pewne tendencje inflacyjne. Polityka pieniężna bywa kwestią proporcji. Wobec obecnego spowolnienia w Stanach Zjednoczonych amerykański FED zdecydowanie tnie stopy procentowe. Ale w USA, zgodnie z konstytucją tego najbardziej wolnorynkowego państwa na świecie, bank centralny jest odpowiedzialny nie tylko za politykę pieniężną, ale również za wzrost gospodarczy kraju. U nas RPP odpowiada tylko za politykę pieniężną. Skutki? Na przełomie lat 90. i 2000 r., tłumiąc kilkunastoprocentową inflację drastyczną podwyżką stóp procentowych, RPP spowodowała kilkuletnią recesję, której towarzyszyło ponad 20-proc. bezrobocie.

T.W.: Za politykę gospodarczą w Polsce odpowiada rząd. Jak oceniać pod tym względem ekipę PO?

A.N.-Ś.: Zero konkretów. Jedyna widoczna taktyka rządu Donalda Tuska to przesuwanie wszystkich ważnych problemów na jakąś dalszą przyszłość. Wiele sprzecznych deklaracji. Weźmy przykład reformy finansów publicznych. Rząd premiera Kaczyńskiego zostawił gotowe projekty ustaw. Obecny rząd albo nie chce, albo nie umie przeprowadzić takiej reformy. Było to prawdopodobnie jedną z przyczyn odejścia z resortu finansów wiceministra Stanisława Gomułki. Być może przyczyną sprzeczności w wypowiedziach jest niechęć PO do pokazania swoich prawdziwych zamiarów. Dobitnym przykładem jest stosunek PO do służby zdrowia i ujawniony ostatnio plan prywatyzacji tego sektora.

T.W.: Jednym z najważniejszych elementów polityki gospodarczej jest dokończenie prywatyzacji. Niedawno premier Tusk przedstawił program prywatyzacyjny swojego rządu. Jak ocenia go pani jako ekonomista i jako polityk?

A.N.-Ś.: Zamiast reform, zwłaszcza reformy finansów publicznych, zaprezentowano ratowanie budżetu metodą pospiesznej wyprzedaży resztek majątku skarbu państwa. PiS też realizował program prywatyzacji, jednak tu zdecydowanie różnimy się z PO. Przede wszystkim naszym zdaniem głównym celem prywatyzacji nie może być chęć jak najszybszego pozbycia się majątku publicznego. Najważniejsze to zadbać o interesy skarbu państwa i perspektywy rozwoju prywatyzowanych przedsiębiorstw. Po pierwsze - za spółki skarbu państwa chcieliśmy uzyskać maksymalnie korzystną cenę. Po drugie - wybrać sposób prywatyzacji korzystny dla przyszłości spółki i gwarantujący transparentność procesu. Po trzecie - dokładnie określiliśmy, jakie branże i spółki muszą pozostać własnością skarbu państwa, ze względu na ich strategiczne znaczenie.

T.W.: Ale zarzucano PiS, że spowolnił prywatyzację.

A.N.-Ś.: Podkreślę jeszcze raz: to nie są zawody sportowe, nie tempo jest najważniejsze. Przytoczę przykład. SLD przygotowywał sprzedaż Ruchu za 350 mln zł. W 2007 r. wartość pakietu skarbu państwa w tej firmie, także dzięki działaniom zarządu powołanego za rządów PiS, wynosiła 720 mln zł. Czy to było „spowolnienie”, czy też działanie na rzecz interesów skarbu państwa? Ocena jest oczywista. Przedstawiony przez obecną koalicję PO-PSL plan przewiduje zakończenie prywatyzacji w ciągu czterech lat. A to spowoduje nadmierną podaż walorów i musi doprowadzić do znacznej obniżki ich cen. Same zapowiedzi takiej masowej oferty już mogą źle wpływać na ceny. Jeszcze jedna obawa - sytuacja giełdowa jest obecnie mocno niestabilna, przy ogólnej tendencji spadkowej. To jeszcze powiększa ryzyko, że skarb państwa straci na pospiesznej sprzedaży akcji.

T.W.: Przyspieszenie prywatyzacji miało zawsze dobry odbiór.

A.N.-Ś.: Chyba nie zawsze. Politycy, którzy dziś tworzą PO, już raz realizowali plan „powszechnej i szybkiej prywatyzacji”. Był to program Narodowych Funduszy Inwestycyjnych, który zakończył się kompletną klęską. Bardzo krytyczną ocenę programu NFI, jego realizacji i strat, do jakich doprowadził, zawiera raport NIK z 2001 r. Stwierdzono w nim, że cel programu, jakim było pomnożenie majątku NFI, nie został osiągnięty. Także obywatelom nie przyniósł zakładanych korzyści ekonomicznych. Znaczne korzyści osiągnęły jedynie firmy zarządzające majątkiem narodowych funduszy. Ich wynagrodzenie wyniosło ponad 500 mln zł i stanowiło ponad 15 proc. wartości aktywów Funduszy.

T.W.: Może program prywatyzacji nie jest jeszcze przez PO przygotowany do końca? Jest przecież zapowiedź ochrony interesów strategicznych kraju.

A.N.-Ś.: W programie PO, jeśli chodzi o zasady prywatyzacji, zawarte są tylko ogólniki. Ma być uczciwie, odważnie, mają być stosowne procedury. Ostatecznie zdecydują doradcy. I to wszystko. Zasadniczo różnimy się z PO w określeniu listy przedsiębiorstw o strategicznym znaczeniu dla państwa, szczególnie w dziedzinie elektroenergetyki czy sektora finansowego (PKO BP, PZU; Krajowy Depozyt Papierów Wartościowych). W sektorze energetycznym i paliwowym wszelkie działania powinny mieć na uwadze przede wszystkim bezpieczeństwo energetyczne państwa.

T.W.: Prywatny właściciel ma być efektywniejszy niż skarb państwa.

A.N.-Ś.: Zarządzanie spółkami należącymi do skarbu państwa także może być efektywne, trzeba tylko dobrze sprawować nadzór właścicielski i dobierać kadry. Obecny rząd chyba tego nie potrafi, ale to nie może być powodem wyprzedaży. W wielu krajach europejskich państwowe firmy kwitną. Szczególnie w sektorach strategicznych. Przykładem może być szwedzki koncern Vattenfall, w którym państwo ma 67 proc. udziałów, czy też czeska grupa energetyczna CEZ. Prywatyzacja TP SA oznaczała w istocie jej zakup głównie przez France Telekom, francuską firmę państwową. Własność naszego skarbu państwa stała się własnością innego państwa. Decyzje dotyczące majątku publicznego nie powinny wynikać z realizacji jakiejkolwiek doktryny, ale z przemyślanej strategii, służącej interesowi kraju.